Przez dziewięć długich odcinków, Sherlock zdążył zaprezentować nam naprawdę pokaźną listę zalet, czyniących go wyjątkowym serialem nawet spośród wielu udanych produkcji BBC. Genialny casting, niesamowita realizacja, interesujące interpretacje materiału źródłowego to tylko czołówka tejże listy.

Elementem, który robi wg mnie największe wrażenie jest jednak umieszczenie akcji we współczesności — bo zrobiono to z pomysłem i zachowując w zasadzie wszystko co charakterystyczne w bohaterach czy historiach pisanych przez sir Arthura Conan Doyle’a, dbając nawet o najmniejsze szczegóły scenografii (o czym zresztą był uprzejmy opowiedzieć Steven Moffat zaraz przed samym odcinkiem).

Dlatego też pomysł przeniesienia akcji odcinka specjalnego z powrotem do epoki wiktoriańskiej wydawał mi się bardzo fajnym bonusem dla fanów zarówno serialu BBC, jak i prozy Conan Doyle’a. Sama zapowiedź fabuły, o powracającej zza grobu pannie młodej mordującej mężczyzn też świadczyła o tym, że czeka nas jeden wielki hermetyczny dowcip, zgrywa z całego konceptu.

I tak tez się czułem przez większość seansu — okazało się bowiem, że nie tylko samo miejsce i czas akcji się zmieniły, ale i bohaterowie stali się jacyś tacy przerysowani. Watson zaczął być nagle typowym popychadłem zakochanym w Sherlocku, Lestrade faktycznym idiotą, Mycroft przeraźliwie tłustym leniem, który gotów jest umrzeć aby wygrać zakład i tylko Sherlock zachował swoje atrybuty, zamieniając po drodze zwichrzoną czuprynę na gładko ulizaną nienaganną fryzurę w stylu Jeremy’ego Bretta. Ale to wszystko miało swój urok, naprawdę czułem się jakbym oglądał historię z XIX wieku, z oczywiście mimo wszystko lekkim wpływem współczesności — na tyle, by pozwalało nam to patrzeć na choćby szowinizm Watsona z przymrużeniem oka.

Sama intryga też dawała rade — oczywiście historii o duchu w welonie daleko było do znacznie poważniejszych i mocniej zakorzenionych w rzeczywistości wyzwań, z jakimi mierzył się współczesny Holmes. Było za to bardziej gotycko i klimatycznie, z zatopioną we mgle posiadłością i bladą panną młodą sunącą gdzieś w przerażający sposób na trzecim planie.

Ba, nawet rozwiązanie mi się podobało, bo było dość poruszające — nie licząc dziwacznego przemówienia Sherlocka o tym jak mężczyźni są źli, a kobiety niesprawiedliwie traktowane, które pojawia się zupełnie znikąd i nawet ciężko powiedzieć, by był to do tej pory jakiś motyw przewodni odcinka (pomijając ledwie kilka luźnych uwag pani Hudson czy Mary). I ja jestem bardzo za feministym przekazem, szczególnie w kontekście XIX wieku, który przecież przyniósł nam ruch sufrażystek, ale czy moglibyśmy jednak robić to mniej topornie niż w formie moralizującego przemówienia?

edit: Rafał Kołsut wysunął dość ciekawy wniosek odnośnie owej dziwacznej przemowy Sherlocka. Pozwolę sobie zacytować:

Wydaje mi się, że to idiotyczne przemówienie w odcinku specjalnym “Sherlocka” też jest zgrywą ze stylu pisania Conan Doyle’a, który był beznadziejny i w ekspozycji, i jako moralista. A przy tym dobrze odnosi się do XIX wiecznej twórczości “umoralniającej”, gdzie prosty lud musiał na koniec otrzymać lekcję podaną wprost.
.
Może więc całość faktycznie  jest tylko elementem pasującym do stylu opowiadania historii w XIX wieku? Powiem szczerze, że jeśli to prawda, to czapki z głów i wyrazy szacunku dla scenarzystów.
 .

Generalnie jednak, patrząc na to wszystko jako na ciekawostkę i bonus dla fanów, oceniałbym ten odcinek specjalny bardzo wysoko. Lubię gdy dobry pomysł idzie w parze z dobrym wykonaniem, a o takiej sytuacji można było mówić w tym przypadku. Potem jednak stało się coś, co to wrażenie mocno mi popsuło.

Ot, okazuje się, że Moffat z Gatissem jednak musieli — zupełnie nieproszeni — wyjaśnić skąd się ta ciekawa wizja XIX-wiecznego Sherlocka w ogóle wzięła fabularnie. No i wymyślili, że będą to jedynie… majaki naćpanego Sherlocka, który używa tego mentalnego konstruktu by odpowiedzieć na pytanie jakim cudem Moriarty, który tak jak nasza mordercza panna młoda, strzelił sobie w głowę na oczach przynajmniej jednego poczytalnego świadka, przeżył. A co więcej, wygląda jakby miał się całkiem dobrze.

W związku z tym, nagle pojawia się problem uzależnienia naszego protagonisty od narkotyków (też zupełnie znikąd — przy okazji dostaniemy też niestety serię pogadanek o tym że narkotyki są złe), a przede wszystkim od tej pory skaczemy między epokami, by zwiedzić sobie choćby np. wodospad Reichenbach w trakcie wiernej książkowemu orygnałowi finałowej konfrontacji Sherlocka z Moriartym.

Niestety, to zupełne zepsuło tempo całej historii, wprowadziło sporo chaosu i za każdym razem zwyczajnie wybijało z rytmu. Do tego widać, ze twórcy bardzo się cieszyli możliwością kolejnej konfrontacji Sherlock — Moriarty, bo ta jest bardzo celebrowana — problem w tym, że kiedy są to tylko senne majaki i dobrze o tym wiesz, jakiekolwiek napięcie znika. Jeśli oczekujecie zatem powtórki z poprzednich, genialnych konfrontacji obu wielkich umysłów, to się srogo rozczarujecie. Ale hej, przynajmniej cały ten zabieg wyjaśnia skąd te przegięte wersje innych bohaterów w XIX-wiecznej wizji świata — wszystko jest w końcu projekcją tego jak świat widzi sam Holmes.

I przewrotnie powiem tak — z jednej strony miło, że mimo wszystko ten specjalny odcinek posunął trochę fabułę całego serialu lekko do przodu — czekamy już ponad sto lat na nowy sezon, więc dostaliśmy choć niewielki przedsmak tego co przed nami. Ale z drugiej… mam wrażenie, że tak zabawny i interesujący koncept jak wzięcie historii rodem z XIX, przetworzonej tak by miała miejsce współcześnie, a potem zabranie jej — już przerobionej — z powrotem wiek wstecz, spokojnie obroniłby się sam. I nikt by nie potrzebował wyjaśniania skąd się to wzięło. Serio, od początkum mogliśmy się spodziewać, że to po prostu bonus dla widzów i zabawa konwencją.

Ogółem więc mam trochę mieszane uczucia, starając się spojrzeć na ten obejrzany w kinie odcinek serialu bezstronnie i najbardziej uczciwie jak się da. Prywatnie jednak… Prywatnie jednak jarałem się strasznie znów widząc tych bohaterów na ekranie, siedząc na sali kinowej pełnej podobnych fanów, mając świadomość, że wszyscy śmiejemy się z tych samych żartów, zauważamy te same aluzje i odwołania… no i pewnie jesteśmy tak samo rozczarowani tym jak całość się ostatecznie potoczyła. Podczas seansu mialem wrażenie oglądania po prostu naprawdę porządnej, dopracowanej ekranizacji jakiegoś fanfica od fanów dla fanów. I nie widzę w tym nic złego.

Dlatego choć zasadniczo mam mieszane uczucia co do jakości scenariusza czy pomysłu na powiązanie tego jednorazowego wyskoku z główną fabuła, to jako fan tego serialu mogę być usatysfakcjonowany, bo mimo wszystko dostałem swoją porcję Sherlocka i Watsona, na dodatek w dwóch różnych wydaniach czy wcieleniach, w otoczeniu setek różnych lepiej i gorzej poprowadzonych wątków. To średni odcinek, ale jednocześnie moim zdaniem udany prezent dla stęsknionych fanów.

Łukasz Stelmach

Entuzjasta popkultury, beergeek, nałogowy czytelnik komiksów. Uwielbiam tworzyć treść w internecie i zarażać ludzi swoją pasją. Lubię mieć swoje zdanie.

Zobacz wszystkie posty