Prawie umknęło mojej pamięci, że obiecałem napisać o swoich wrażeniach z obligatoryjnego, corocznego, świątecznego odcinka Doctor Who. Głownie dlatego, że obejrzałem i… zapomniałem.
Nie był to bowiem specjalnie charakterystyczny, wyróżniający się na tle pozostałych christmas special. Ani nie był to taki słodki, ciepły odcinek jak Christmas Carol, ani mroczny i niepokojący jak Last Christmas. Inna sprawa, że na szczęście nie był też tak zły i bez sensu jak The Doctor, the Widow and the Wardrobe, bez obaw. Były elementy, które mi się bardzo podobały, ale cała reszta pewnie ulotni mi się z głowy błyskawicznie.
Wielkim wydarzeniem Husbands of River Song było — zaskakująco — ponowne pojawienie się River Song, małżonki Doktora, z którą ten spotyka się co jakiś czas, zwykle w różnych punktach jej linii czasowej. Sytuacja jest tym razem szczególnie ciekawa, bowiem dla River jest to pierwsze spotkanie z Doktorem w nowej, dwunastej inkarnacji, natomiast Doktor powoli zaczyna zdawać sobie sprawę, że to prawdopodobnie jego ostatnie chwile z żoną przed wydarzeniami z Silence in the Library, gdzie ta poświęca się i umiera.
Zanim jednak do tego dojdzie, Doktor zostanie wzięty za chirurga i będzie miał za zadanie pomóc River pozbawić głowy jej… cóż, męża, Króla Hydroflaxa (wyglądającego jakby się urwał prosto ze Starcrafta) — w jego czaszce bowiem skrywa się szczególnie rzadki diament. Brzmi to wszystko bardzo dziwnie, bardzo doktorowo i całkiem interesująco, ale w rzeczywistości cała historia to tylko fasada do tego, by nasza para bohaterów miała sposobność do paru uroczych momentów we dwoje.
Główny villain okazuje się bowiem nawet nudniejszy niż się wydaje na pierwszy rzut oka, postacie drugoplanowe nie mają nic konkretnego do roboty i niewiele wnoszą, a humor jest mocno wymuszony. Chyba, że bawi was Matt Lucas z Little Britain, tutaj jednostajnie jęczący przez cały odcinek, co pewnie wg Stevena Moffata miało być strasznie zabawne. Generalnie nic nie ratuje tej fabularnej części odcinka, niezwiązanej bezpośrednio z relacją River i Doktora — ot, byłby z tego wyjątkowo przeciętny regularny epizod, jeden z tych głupkowatych i niemających żadnych większych ambicji.
Na szczęście kiedy przychodzi do oceny Husbands of River Song jako ostatniego (?) rozdziału tego jakże oryginalnego związku, to opinia musi być zgoła odmienna. Nie tylko naprawdę czuć chemię między Alex Kingston i Peterem Capaldim (a wręcz cała relacja wydaje się bardziej wiarygodna niż w przypadku Doktora Matta Smitha, który niespecjalnie wyglądał na kogoś kto nadawałby się na męża dla kogokolwiek), ale i sama historia tej pary została poprowadzona naprawdę umiejętnie. Najpierw obserwujemy Doktora patrzącego z pewnego dystansu na poczynania małżonki (która jak wiemy, ma nieco mniej pacyfistyczne podejście do życia niż jej mąż), potem tożsamość siwowłosego „chirurga” wychodzi na jaw w zdecydowanie najbardziej emocjonalnej i uroczej scenie całego odcinka.
Finał tego epizodu to w zasadzie taka wielka klamra całej historii River w Doctor Who, gdzie zamknięte zostają kolejne otwarte jeszcze za kadencji Davida Tennata wątki (choćby śrubokrętu, którym posługiwała się River w swoich dwóch pierwszych odcinkach), wszystko na dodatek podsumowane bolesnym wnioskiem, że nie da rady bez końca uciekać przed nieuniknionym. Co swoją drogą, trochę stoi w sprzeczności z tym co Moffat wymyślił w związku z Clarą w finale ostatniego sezonu, ale fabularnie Doktor tego i tak nie pamięta, więc niech już będzie.
Ale mówiąc całkiem serio — to ciekawy zwrot w filozofii tej postaci, bo jak wiemy, akturat Doktor dość często nie potrafił się pogodzić z losem i nie potrafił znieść, gdy nie miał na jakieś wydarzenia wpływu, szczególnie gdy dotyczyło to bliskich dla niego osób (np. takiej jednej blondwłosej). Inna sprawa, że nasz protagonista często jest pisany jak komu wygodnie, więc może nie powinniśmy przykładać do tego większej wagi.
Dostaliśmy zatem dość przeciętną powiastkę z fantastycznym wzbogaceniem (albo i zamknięciem) wątku River, będącą w pewnym sensie odwróceniem całej sytuacji do góry nogami. Tym razem to Doktor wie więcej o przyszłości niż River, ba — tym razem to on używa jej powiedzonek. Mało tego — tym razem to on musi wejść do TARDIS zdumiony tym, że jest większa w środku. Świetny moment, swoją drogą. Do tego mamy parę zawsze mile widzianych nawiązań do poprzednich wydarzeń w serialu (np. gdy River spodziewa się spotkać Doktora, ale zna tylko 12 poprzednich inkarnacji, licząc War Doctora, udokumentowanych fotografiami). No i oczywiście także obowiązkowe biegane, podróżowanie w czasie oraz ciut świątecznej atmosfery.
Ogółem, jeśli warto ten odcinek obejrzeć, to tylko dla River i Doktora — dla fanów tego związku jest to pozycja obowiązkowa. Natomiast cała reszta czyni Husbands of River Song pozycją dość przeciętną i zwyczajnie szkoda, że poza pomysłem na domknięcie wspomnianego wątku, nie poszedł w parze pomysł na ciekawszą otoczkę fabularną.





