Po lekkiej zadyszce, jaką w mojej opinii notowała seria 8. w okolicach swojego półmetka, zaczęło to wszystko wychodzić powoli na prostą wraz z poprzednim epizodem. Odcinek dziewiąty, Flatline, to z kolei dowód na to, że Doctor Who wraca do najwyżej formy.
To był naprawdę fantastyczny odcinek, który dla mnie stoi sobie na równi z Robot of Sherwood w kategorii funu, jaki wyniosłem z jego oglądania – jednocześnie oba te epizody dostarczają także interesujące drugie dno skryte w dialogach bohaterów, dotyczące ich roli czy trudnych decyzji, jakie podejmują. O ile jednak ratowanie świata przed robotami z Robinem Hoodem było wielką, radosną przygodą, tak Flatline bliżej do horroru, z masą nawiązań do klasyki w rodzaju Obcego czy filmów o zombie. A przy tym sam koncept pozostaje oryginalny i niesamowicie wciągający.
O co zatem chodzi? Otóż Doktor z Clarą przybywają przypadkowo do Bristolu, gdzie okazuje się, że TARDIS się… skurczyła. Jak się dowiadujemy potem, odpowiadają za to przybysze z sąsiedniego, dwuwymiarowego wszechświata, którzy w ten sposób pozyskują energię by… no właśnie, nie wiemy czego tak naprawdę chcą. Wiemy natomiast, ze w okolicy znikają ludzie…
Brzmi jak typowy odcinek Doctor Who, prawda? 🙂 I tak też poniekąd jest – mamy kosmitów, mamy zagadkę do rozwiązania, mamy masę uciekania i machania śrubokrętem. Z jedną znaczącą różnicą – z racji tego, że Doktor utknął w skurczonej TARDIS, jego rolę pełnić musi Clara, co oznacza, że to ona musi machać wszystkim przed nosem psychicznym papierem (czy tylko ja się ciesze, że wrócił?), ale i ona musi dopilnować, by postronni ludzie wyszli z tej inwazji dwuwymiarowych obcych cało.
I cóż, Clara jest absolutnie fantastyczna, podkreślając udaną przemianę tej postaci w tym sezonie. To znaczy jasne, w 8. serii scenarzyści albo trafiali albo chybiali, próbując nadać jej charakteru, ale tym razem Jamiemu Mathiesonowi udało się to znakomicie i Clara radzi sobie tak dobrze, że śmiało mogłaby zostać kolejną regeneracją naszego Władcy Czasu. Widać tutaj jej wszystkie najlepsze cechy – inteligencję, szybkie kojarzenie faktów, zdecydowanie, pomysłowość, odwagę – a Jenna-Louise Coleman poradziła sobie z tym bardzo naturalnie, z przekonującą lekkością.
No i Doktor wreszcie był dokładnie tym Doktorem, jakiego chcę oglądać. Wreszcie przestał traktować ludzi jak coś nieprzyjemnego, co akurat przykleiło mu się do podeszwy, jednocześnie wcale nie szczędząc wszystkim dookoła uszczypliwości i ciętych uwag, za jakie od początku polubiłem wcielenie Capaldiego. Doktor jest bardziej wielowymiarową (duh) postacią i ten odcinek pięknie oddaje całe spektrum rozmaitych masek, jakie przyjmuje protagonista – od zafascynowanego nieznanym zjawiskiem odkrywcy, przez heroicznego obrońcę ziemi, któremu brakowało w scenie, o której mowa tylko wiatru we włosach i piorunów trzaskających za nim, aż po swoje poważniejsze, refleksyjne wcielenie, rzucające kilka gorzkich słów na koniec. Ciekawe, że debiutant wśród scenarzystów w tym sezonie, Jamie Mathieson, który pisał także poprzedni odcinek, najlepiej ze wszystkich twórców scenariuszy kuma postać Doktora. Albo przynajmniej tego Doktora, którego ja mam w głowie.
Tak sobie wypadają za to bohaterowie drugoplanowi – stanowią raczej tło i nie sądzę, bym ich zapamiętał po kolejnym odcinku. I fajnie, że oszczędzono nam kolejnej dramy z udziałem Danny’ego, który grzecznie siedzi sobie na ławeczce w parku i nie przeszkadza. No, nie za długo w każdym razie.
Ale bohaterowie to jedno, ale najbardziej podobał mi się pomysł na potwora tygodnia i to, jak doskonale zostało to wszystko rozegrane. Kiedy poznajemy przybyszów i wreszcie razem z bohaterami odkrywamy ich obecność, są czymś zupełnie innym, niż gdy widzimy je potem ostatni raz – dlatego też cały odcinek trzyma nas w napięciu i niepewności co dalej, bo cały czas sytuacja się zmienia, bohaterowie nie robią zbyt długich postojów, cały czas są w ruchu, by być krok przed ewentualnym zagrożeniem. Tym samym od klimatu horrorów o inwazji z kosmosu płynnie przechodzimy do ataku zombie, w międzyczasie razem z bohaterami brnąc przez ciemne, zimne i puste pomieszczenia z czymś niezbadanym na plecach. Poza tym – Doktor jako Rąsia z Rodziny Addamsów. Najlepszy moment.
Atmosfera jest doskonale budowana, tempo idealne, a jakimś cudem wreszcie nie mam wrażenia, że próbowano zmieścić w odcinku za dużo i trzeba było wycinać to i owo – strukturalnie, cała intryga jest bardzo ładnie rozłożona. I jasne, można się trochę przyczepić do deus ex machiny z samego końca, ale tak naprawdę cały moment kulminacyjny rozegrał się wcześniej, dzięki temu, że Clara potrafiła myśleć i połączyć do kupy informacje jakie zbierała przez cały odcinek. A inna sprawa, że i tak byłbym w stanie wiele wybaczyć, gdy mowa o dobrym horrorze s-f. Na szczęście nie musiałem. Bardzo też podobał mi się nieco gorzki happy end, uzmysławiający Clarze (ale i nam), jak ciężkie brzemię nosi Doktor na co dzień.
Dość mieszane uczucia wywołała u mnie oprawa wizualna – scenografia i zdjęcia prezentowały się akurat bardzo dobrze, natomiast dość nierówne były efekty specjalnie. Dwuwymiarowe niewidzialne robaczki wyglądały dość średnio, ale nie uwierały mnie mocno, natomiast wielka ręka czy zgliczowane zombie podobały mi się strasznie. Całkiem fajnie wyszedł też efekt transformacji w dwuwymiar, natomiast wielkie nie mówię powtórzonej dwukrotnie scence z pociągiem w CGI.
Tak czy inaczej, ubawiłem się strasznie na tym odcinku i jestem pewien, że jeszcze nie raz do niego wrócę. Flatline oferuje trzymającą w napięciu historię, świetną dynamikę między Doktorem a Clarą, interesującą wymowę tej historii, kilka naprawdę zabawnych momentów i kilka naprawdę niepokojących, no i wreszcie prezentuje i Doktora, i Clarę dokładnie takich, jakich chciałbym oglądać na ekranie. Zarówno Flatline, jak i Robot of Sherwood (a może i Listen, choć już po przemyśleniu sprawy) na pewno umieściłbym na mojej obszernej liście ulubionych odcinków Doctor Who w historii nowych serii. Doskonała robota.
No i kim jest ta Missy?











