Słucham tych głupot i własnym uszom nie wierzę. Na różne sposoby twórcy bronili swoich filmów, ale ten argument jest tak idiotyczny i bez sensu, że warto by było sobie o tym głośno powiedzieć i przestać go wreszcie powtarzać.

Od paru dni toczy się w internecie wielka dyskusja dotycząca rozbieżności, jakie pojawiły się w ocenie filmu Batman v Superman: Dawn of Justice między „krytykami” a „widownią”. Celowo używam tutaj cudzysłowów, bo te pojęcia znaczą tyle co nic. Przypomnijmy — natychmiast po zdjęciu embargo, serwisy takie jak RottenTomatoes czy Metacritic zapełniły się negatywnymi recenzjami tejże produkcji, dającymi w efekcie niską ogólną ocenę — co więcej, do dziś owe średnie i procenty tylko maleją. Tymczasem rozmaite średnie wyliczające ogólną ocenę widzów wciąż dają nader wysoki wynik.

Zrzut ekranu 2016-03-28 19.47.23

Od razu więc pojawił się prosty wniosek — krytykom się nie podobało, widzom tak. Wobec tego ci pierwsi są w takim razie oderwani od rzeczywistości i oczekiwań publiczności (bo przecież film się jak widać podoba, ba, zarabia krocie). Tyle, że to wniosek równie głupi i naiwny, co scenariusz do Man of Steel. Nic jednak dziwnego, że internauci szybko taki przekaz podłapali, jeśli sami biorący udział w projekcie twórcy bronili go właśnie w ten sposób. Naprawdę nie dało rady wymyślić czegoś bardziej przekonującego? Zacytujmy zatem kilka wypowiedzi. Na pierwszy ogień, Ben Affleck, którego Jimmy Fallon sprowokował do takiego wyznania:

Nie straszcie ludzi mówiąc, że to film dla krytyków! Nie robimy tego dla kółeczek krytyków czy czegoś. To jest film dla publiki! Ludzie naprawdę go polubią!

Wtóruje mu jego ekranowy przeciwnik, Henry Cavill, dodając, że liczy się głos publiki i ona wypowie się po prostu odwiedzając kina. Z kolei Amy Adams, czyli Lois Lane w filmie, stawia sprawę jeszcze jaśniej:

Wiem, że Zack — podobnie jak my wszyscy — nie robi filmów dla krytyków.

Sam Zack Snyder tymczasem trochę strzelił sobie w stopę, mówiąc, że robi filmy tak jak robi, bo inaczej nie potrafi, ale pomińmy to sobie na potrzeby tego tekstu. Wracając do wypowiedzi naszych aktorów — serio, co to za leniwe i idiotyczne tłumaczenie? Okej, rozumiem, krytykują wasz film, niedobrze. Może więc znajdźcie coś by wytłumaczyć dlaczego mimo wszystko wierzycie w ten projekt albo co jest w nim godnego uwagi. Określanie go jako „audience movie” nie tylko w zasadzie nic konkretnego nie mówi, ale gdy się nad tym zastanowić, wręcz go jeszcze bardziej deprecjonuje.

No bo co to znaczy „film dla widzów, nie dla krytyków” w kontekście zmasakrowania go przez prasę i blogi? Mi to brzmi jak argumentacja, że no może i wyszło do dupy, ale ciemny lud to i tak kupi. Bo to film dla nich. Dla niewymagających, nie dla tych krytyków, co to się czepiają bez sensu i czegoś oczekują. Co swoją drogą bardzo ładnie kontrastuje z poprzednią linią programową (czytaj: głupotami wygadywanymi do prasy), że filmy osadzone w uniwersum DC mają dawać nam coś więcej, coś ambitniejszego i głębszego niż konkurencja. Tutaj nagle mamy zwrot o 180° i bajki o tym, że przecież to nie jest film dla krytyków i żeby się odczepić.

3

I ja nawet nie widziałem jeszcze filmu, ale komunikat jaki otwarcie wysyłają osoby weń zaangażowane, jest nieco niepokojący. Ale to tak w ramach dygresji, zaznaczam tutaj, ze w tym tekście nie mówimy o samym filmie i jego jakości, ale o tym całym zamieszaniu wokół niego.

No i kolejna rzecz — kim są ci tajemniczy „krytycy”? Bo kontekst w jakim używają tego pojęcia zagorzali zwolennicy filmu czy sami twórcy, sugeruje nam jakichś Illuminatich czy innych masonów, którzy w swoim kółeczku wzajemnej adoracji decydują jakie filmy mają być chwalone, a jakie trzeba zniszczyć. Ba, pojawiały się apele, żeby nie ufać Rotten Tomatoes bo przecież na pewno to ich ocenianie jest zmanipulowane i niemiarodajne — mimo że przecież można sobie olać procenty i po prostu przescrollować od razu do tej całej masy recenzji, by zapoznać się z tym, jak film został przyjęty. I albo wziąć to pod uwagę albo nie, nikt do niczego nie zmusza.

Nie mówiąc już o tym, że masa ludzi nie wie jak RT działa i że procent jaki widzimy w centralnym miejscu metryczki to nie jest żadna średnia ani nawet żadna ocena, tylko po prostu stosunek recenzji pozytywnych wobec negatywnych — czyli np. w przypadku Batman v Superman, ledwie 29% recenzji tego filmu było pozytywnych (czyli powyżej 6/10, włącznie). Co wcale nie oznacza automatycznie, że film Snydera jest gorszy od The Room czy X-Men Origins: Wolverine, ale że oceniający są tutaj po prostu bardziej zgodni. Moim skromnym zdaniem to i tak lepszy system niż po prostu wyliczanie średniej jak na Metacritic, szczególnie, że wiele recenzji przecież pomija jakąkolwiek skalę ocenową.

Zrzut ekranu 2016-03-28 19.48.08

W każdym razie, problem polega na tym, że w internetowym dyskursie stworzono sobie teraz takiego wroga, taką obcą masę w postaci „krytyków”. Cały czas mówi się o tym, podkreślając, że z jednej strony jesteśmy my, widzowie, uczciwi, maluczcy fani, którzy po prostu chcą iść do kina, nikomu nie wadząc, by popatrzeć na ładne obrazki. A z drugiej strony stoją ONI, te grono wyalienowanych samozwańczych ekspertów, którzy pławią się we własnym snobizmie. Krytycy. Co wszystko krytykują i nic im się nie podoba. No bo błagam, czego oni oczekiwali po filmie superbohaterskim? Szekspira? Proszę was.

Tyle, że to jest myślenie rodem sprzed kilkunastu lat i sprzed rewolucji, jaka się w tej materii dokonała. No dobra, może np. w polskiej prasie niekoniecznie i dalej coś mnie wzdryga jak czytam wyniosłe i pełne pogardy teksty o hollywoodzkich superprodukcjach w Gazecie Wyborczej, ale to też się prędzej czy później zmieni — na świecie już dawno ten moment miał miejsce. Polecę truizmem, ale trudno, czasami trzeba — dzisiaj każdy może być krytykiem. Możesz w minutę założyć bloga czy kanał na YouTube i pisać o filmach czy czymkolwiek innym. Fakt, nie będziesz w związku z tym jakimś filmoznawcą czy ekspertem, ale za to będziesz mieć perspektywę, z którą identyfikować się będą Twoi odbiorcy. Czyli, wiecie, „zwykli widzowie”.

Czy będziesz wtedy dalej widzem, częścią wspominanej przez Afflecka „audence” czy już może krytykiem? Bo wg Rotten Tomatoes jesteś już krytykiem — i jeśli Twoja działalność jest wystarczająco ważna (tj. masz odpowiednio dużo odbiorców, działasz dostatecznie długo, etc. — tutaj lista warunków), to Twoja recenzja Batman v Superman trafi do rubryczki razem z innymi — i też złoży się na ten niepokojąco niski procencik. Serio, przescrollujcie sobie listę recenzji na RT — są tam periodyki, poważne gazety, ale i blogi czy YouTube. RT akurat nie przespało tej całej internetowej rewolucji i ci wszyscy ludzie, którzy kiedyś zakładali blogi chcąc po prostu pisać o filmach, ludzie dosłownie tacy jak ja czy Wy, jeśli np. prowadzicie jakiegoś bloga, również decydują o krytycznym przyjęciu m.in. tego naszego nieszczęsnego dzieła Snydera.

2

Nie wspominając już o tym, że generalnie filmy z superbohaterami tak się rozpanoszyły, że do ich opisywania delegowani są ludzie, którzy w temacie siedzą, mają punkt odniesienia i widzą o czym piszą. Generalnie. Tak jak wspominałem w ostatnim vlogu, to też są przy okazji mniej-więcej ci sami ludzie, którzy wysoko oceniali Deadpoola, Guardians of the Galaxy czy Winter Soldiera. Nie przypominam sobie przy okazji, by ktokolwiek z pracujących nad tamtymi filmami opowiadał, jak to nie robi filmów dla krytyków, a dla widowni. Może dlatego, że nie musieli ich desperacko bronić, bo broniły się same? Bo chyba nikt mi nie powie, że Deadpool był tworzony „dla krytyków”?

I na koniec jeszcze mimo wszystko polecałbym lekką ostrożność odnośnie ogłaszania, jak bardzo Batman v Superman podoba się publice. Jasne, sprzedaje się jak głupi, ale przy takim marketingu — i, no, umówmy się — Batmanie i Supermanie na plakacie — to nie było szans, by to się nie sprzedało. Tutaj więcej powiedzą kolejne weekendy, które będą trudniejsze w box office. Ale sprzedaż to jedno, kompletnie za to bym się nie sugerował ocenami użytkowników w portalach takich jak IMDb. Nie dość, że film był wysoko oceniany jeszcze przed premierą przez jakieś tysiące użytkowników, to teraz przy tej całej nagłaśnianej wojence widzowie kontra krytyka, wiadomo, że te oceny są bardziej polem walki między fanbojami i hejterami, a nie jakąkolwiek miarodajną próbą oddania reakcji widowni.

Okej, czas na podsumowanie. Nie mam pojęcia czy Batman v Superman będzie dobrym czy złym filmem. To znaczy jasne, nie jestem aż tak naiwny, ale tak jak wspominałem, nie to jest tematem tutejszych rozważań. Niezależnie od jakości i poziomu tej produkcji, ocena całości to subiektywna sprawa każdego widza z osobna. Dzielenie tychże na jakieś grupy, z których przecież i tak jednak zawiera się w drugiej (no bo krytycy to też siłą rzeczy część widowni, prawda?) oraz dopisywanie im jakiejś reakcji z urzędu, to jakiś absurd i kompletny bezsens, który w zasadzie idzie uzasadnić wyłącznie desperacją ludzi, którzy muszą powiedzieć o nim coś dobrego i mają z tym problem.

4

Róbcie dobre filmy zamiast wojen.

A tutaj znajdziecie drugi komentarz w tej sprawie – po raz kolejny Oskar publikuje/pisze coś w tym samym czasie, co ja i na ten temat, co ja. Hive-mind.