Odkąd tylko zacząłem publikować w sieci jakiekolwiek materiały dotyczące popkultury, nieustannie fascynuje mnie pewnie nasilające się zjawisko.

Do napisania tego tekstu skłonił mnie niedawny post Jamesa Gunna, w którym ten odpowiada na zarzut, że ujawnienie na SDCC kto będzie ojcem Star-Lorda to niepotrzebny spoiler. I reżyser ma stuprocentową rację, tłumacząc, że po pierwsze, jednym z jego zadań jest promocja filmu, a nie da rady tego robić, nie pokazując jednej z kluczowych postaci filmu (Ego jest bowiem w trailerze). Po drugie, dziennikarze i tak by do tego doszli prędzej czy później – więc lepiej dowiedzieć się tego w gronie twórców i fanów, niż z jakiegoś Bleeding Cool.

Najważniejszy argument to jednak coś, o czym Gunn wspomniał na końcu – niby w jaki sposób ta wiedza ma komuś popsuć radochę z oglądania tego genialnie się zapowiadającego filmu? I tutaj zostawię w spokoju wspomniany post, a dorzucę parę przemyśleń od siebie.

I see dead people.

I see dead people…

Jasne, są filmy, które opierają się na wyjątkowo zaskakujących zwrotach akcji, gdzie poznanie zakończenia lub jakiegoś rozwiązania zagadki, pozwala spojrzeć na całość inaczej i w ogóle zmienić odbiór filmu, z kolei sam element zaskoczenia jest tak duży, że staje się wartością samą w sobie. Jest sporo takich filmów, ba, każdy pewnie ma taki Fight Club, The Sixith Sense czy… nie wiem, Sleepaway Camp, który może sobie oglądać w kółko, ale wrażenie jakie zrobił pierwszy seans nie daje się z niczym porównać.

Jednak nie o takich produkcjach mówimy i nie takie spoilery mam na myśli.

Okazuje się bowiem, patrząc na komentarze i rozmaite uwagi w nich zawarte, że spoilerem jest dziś absolutnie wszystko, co choćby w lekkim stopniu dotyczy fabuły filmu. Pamietam, że pod jednym z odcinków Comics Weekly znalazły się pretensje od słuchacza po tym jak wspomnieliśmy o udziale Marisy Tomei w roli cioci May w Captain America: Civil War. I że rozmawia w filmie z Tonym Starkiem. Mimo że oczywiście nikt jej udziału nie ukrywał, wybór Tomei był podany do publicznej wiadomości na długo przed premierą filmu, a że rozmawia ze Starkiem… cóż, ludzie tak, rozumiecie, już mają.

Podobne uwagi typu „dawaj ostrzeżenie, że spoiler” dostaję w zasadzie przy okazji co drugiej recenzji publikowanej na YouTube. Oczywiście nie mówię tam nigdy o zakończeniu czy jakichś ważnych zwrotach fabularnych, ale wystarczy omówić fabułę czy role jakichś postaci by od razu ktoś to zinterpretował jako celowe psucie zabawy z oglądania filmu. Pytanie brzmi – jak wobec tego omówić film… nie omawiając filmu? Szczególnie gdy np. to jak biegnie fabuła jest związane z jakimś zarzutem czy pochwałami kierowanymi w stronę produkcji.

No, I am your father.

No, I am your father.

I jasne, wszyscy lubimy być zaskakiwani w kinie, ale… nie oszukujmy się, kiedy mowa o produkcjach popularnych, hollywoodzkich, to nie będzie się to zdarzać zbyt często. Żyjemy w czasach gdy zalewani jesteśmy newsami i newsikami z każdej strony, social media wrzą gdy tylko pojawi się jakiś temat związany z oczekiwanym filmem, a nawet sami twórcy uchylają rąbka tajemnicy, wyjawiając od czasu do czasu to i owo. Zwyczajnie nie da rady iść dziś na wysokobudżetowy film z dużą kampania marketingową i nie wiedzieć o nim nic. A często bywa tak, że nawet jeśli twórcom uda się przemycić coś, czego nikt się nie spodziewał, to albo jesteś jednym z pierwszych, którzy tego doświadczyli, albo im więcej dzieli Cię od premiery filmu, odcinka serialu, tym większe szanse, że ta informacja do ciebie dotrze. Niestety. Choć z drugiej strony, są przecież jeszcze ludzie, którzy potrafią się burzyć o „spoilery” z Imperium Kontratakuje czy oryginalnej Planety Małp!

Oczywiście nie mam tu też na myśli sytuacji, gdzie np. trailer pokazuje całą fabułę wyczekiwanej produkcji (jak w Batman v Superman), bo to akurat zjawisko, które spokojnie dałoby się ograniczyć. Tyle, że problem istnieje też w drugą stronę – jest przecież sporo filmów, gdzie kampania marketingowa nie mówi o nim dostatecznie wiele i wówczas może wręcz wprowadzać w błąd. Pamiętam swoje własne rozczarowanie Avengers: Age of Ultron, a swego czasu trochę dyskusji wywołał bardzo mylący trailer do disneyowskiego Brave. Ale to tak na marginesie.

Wracając do naszych „spoilerów” (cudzysłów zamierzony). Skąd się bierze to alergiczne reagowanie na jakiekolwiek informacje o filmie. No bo chyba potrzeba bycia zaskoczonym przez cokolwiek to dzisiaj jedyne, czego masowa publika potrzebuje od filmu, prawda?

To kto oglądał Sleepaway Camp?

To kto oglądał Sleepaway Camp?

A może to kwestia pokoleniowa? Ja nie mam specjalnie dużej awersji do spoilerów i „spoilerów” (zazwyczaj), znajomi w moim wieku podobnie, natomiast u młodszego pokolenia (choćby we wspomnianych komentarzach) widzę, że z każdym rokiem butthurt odnośnie „spoilowania” jest coraz większy. Tyle, że dziś dzieciaki mają praktycznie całą wiedzę i dostęp do niej na wyciagnięcie ręki. Ba, gigantyczną światową filmografię do dyspozycji – legalnymi czy nielegalnymi sposobami dotarcia doń.

Kiedy ja byłem młodszy, nie miałem jak obejrzeć jakiegoś filmu, o ile nie wyprosiłem tego u rodziców, nie poszliśmy do kina czy wypożyczalni VHS – a ktoś z komputerem podłączonym do internetu czy dostępem do pirackich filmów był prawdziwą szychą na osiedlu. Zatem dyskutowaliśmy o tym co się udało komu zobaczyć i nikomu nie przeszkadzało gdy usłyszał streszczenie fabuły jakiegoś horroru czy innego filmu, którego zdecydowanie nie powinien widzieć. I wszyscy się jarali, jaki to zajebisty film gdzieś tam sobie jest – może kiedyś uda się go obejrzeć? Nic więc dziwnego, że możemy mieć tutaj kompletnie inne podejście co do gadania o filmach i, powiedzmy, stopnia dokładności w przytaczaniu faktów czy wydarzeń z nich.

Tyle, że nie warto się przejmować takimi pierdołami jak znajomość jakichś elementów fabuły, kiedy element zaskoczenia to zazwyczaj naprawdę najmniej istotna wartość większości filmów. Co z tego, że wiesz co zrobi bohater albo jak potoczy się historia, kiedy jego motywacje mogą być genialnie przedstawione albo kiedy narracja prowadzona jest tak dobrze, ze wciąga cię mimo wszystko? Co ci po jakichś informacjach wyniesionych z trailera czy recenzji, kiedy film ma do zaoferowania dobrą grę aktorską, nieszablonowy scenariusz czy wszystko to co dzieje się wokół wydarzeń, o których już wiesz?

No sory.

No sory.

Jonah Lehrer pisał swego czasu w Wired, że ma nieco oryginalny sposób czytania książek, głównie tych które najbardziej lubi – czyli niezbyt ambitnych klonów kryminałów Agathy Christie. Otóż dziennikarz sprawdza najpierw kilka ostatnich stron książki, by poznać obligatoryjny zwrot akcji, a potem dopiero czyta resztę i ma zabawę z obserwowania jak wątki powoli zmierzają do finału, który wyrwany z kontekstu zwykle nie ma na pierwszy rzut oka żadnego sensu. I to ładnie pokazuje, że owszem, spoilery i „spoilery” zmieniają nam perspektywę, ale wcale nie zawsze czynią obcowanie z danym dziełem kultury automatycznie gorszym czy mniej wartościowym. A już na pewno gdy mówimy o tym kogo gra Marisa Tomei albo który odziany w kolorowy strój superheros kopnie w kalendarz w nadchodzącej superprodukcji.

Ba, ten sam Lehrer przytacza też wyniki badań Nicholasa Christenfelda i Jonathana Leavitta, którzy niezobowiązująco przedstawili swoim królikom doświadczalnym historie ze spoilerami i bez spoilerów – i wyszło na to, że zaspoilowane podobały im się zwykle bardziej.

W każdym razie, jasne, praktycznie wszyscy od czasu do czasu wpadamy w antyspoilerową obsesję. Sam próbowałem jak ognia unikać informacji z ostatnich Star Wars, z kolei niedawno miałem tablicę zawaloną narzekaniami ludzi, że ktoś im coś ujawnił z ostatniego sezonu Game of Thrones. Ta potrzeba zaskakiwania to musi być jaki ewolucyjny mechanizm, no nie ma siły. Ale z punktu widzenia odbioru kultury, warto pamiętać, że jest to działanie niezbyt racjonalne i niewarte zachodu. Znajomość „spoilerów” wcale nie musi psuć nam zabawy (Christenfeld i Leavitt mówią nawet, ze jest wręcz przeciwnie), do tego dobry film zawsze ma w zapasie więcej niespodzianek oraz elementów, które będą potrafiły tak zaangażować widza, że seans wcale nie będzie zrujnowany.

Oczywiście Guardians of the Galaxy vol. 2 też będzie mieć ponoć więcej niespodzianek, niż to co pokazano na niedawnym panelu. Czekam. :)