„Co sądzisz o aferze wokół “białych Oscarów”? Wielu czarnoskórych aktorów strzeliło focha na Akademię, bo wśród nominowanych są tylko biali. Skandal czy tylko ból tyłka podparty łzawymi tekstami o rasizmie?”

Pytanie o tej treści, jedno z wielu w tej sprawie, otrzymałem niedawno w serwisie ask.fm. Zacząłem tam pisać odpowiedź, ale po jakimś tysiącu znaków uznałem, że lepiej będzie po prostu wypowiedzieć się tutaj, na blogu. Bo sprawa jest jednak dość kontrowersyjna, a ja mam na ten temat zdanie, którym chętnie się podzielę.

Nie przedłużając zatem i odnosząc się do razu do samego pytania, muszę na samym starcie zaznaczyć, że nie uważam by był to jakiś wielki skandal. Jednak nie twierdzę też, by sprzeciw wobec tej sytuacji był nieuzasadniony. To moim zdaniem zbyt skomplikowana, delikatna i specyficzna kwestia, by można było zająć jasne stanowisko.

Idris Elba w Beasts of No Nation
Idris Elba w Beasts of No Nation

Wielu ludzi komentujących całą kontrowersję stara się maksymalnie uprościć tę kwestię — sprowadzając ją najczęściej do argumentu „nie było dość dobrych filmów czy występów — nie ma nominacji”. Problem w tym, że przecież były, inne grona nominujących je przecież zauważyły — do Złotych Globów nominowano Willa Smitha za rolę we Wstrząsie, Idrisa Elbę za ponoć kapitalną rolę w Beasts of No Nation (niestety nie widziałem jeszcze tego filmu), a sam osobiście wolałbym zobaczyć na liście nominowanych choćby Michaela B. Jordana za rolę Adonisa Creeda, niż np. Matta Damona. W nominacjach oscarowych w zasadzie niemal kompletnie pominięto filmy dotyczące czarnoskórych bohaterów. Chociaż nie całkiem — owszem, nominowano choćby pewnego aktora drugoplanowego z Creed czy autorów scenariusza do Straight Outta Compton — ale żeby było zabawniej, oni wszyscy są przecież biali.

I nie żeby nie zasłużyli (szczególnie pan Stallone), ale widzicie, że to wygląda wręcz jak starannie zaplanowany, oczywisty trolling, prawda?

A mówiąc całkiem serio, osobiście najbardziej żałuję, że nie doceniono Ryana Cooglera za Creed, bo choć sam film scenariuszowo jest najwyżej solidny, tak reżyserię i aktorstwo oceniam naprawdę wysoko. Ale to tak swoją drogą.

Ryan Coogler, reżyser filmu Creed oraz odtwórca głównej roli, Michael B. Jordan
Ryan Coogler, reżyser filmu Creed oraz odtwórca głównej roli, Michael B. Jordan

Cały sprzeciw wobec „białych Oscarów” nie dotyczy więc wbrew pozorom tylko i wyłącznie braku różnorodności etnicznej — to bardziej hasło sygnalizujący szerszy problem, istniejący w Hollywood od dawna, którego wybory Akademii mogą być częścią. Zdajecie sobie mam nadzieje sprawę, że amerykańskie kino od dawna było białe i aktorzy o innym pochodzeniu mieli raczej pod górkę, ujmując temat bardzo dyplomatycznie (nie wspominając już nawet o tle społecznym i fakcie, że czarnoskórzy obywatele USA cieszą się pełnią praw od bardzo niedawna). W Polsce trudno to sobie uświadomić, bo problem rasowy na szeroką skalę u nas nie wstępował, ale to, że kwestia różnorodności jest tak często przywoływana, to nie jakaś nowomodna fanaberia, ale odpowiedź na długie lata faktycznej dyskryminacji.

Wracając jednak do naszego sprzeciwu wobec wyborów Akademii — ten nie służy też oczywiście umniejszaniu zasług aktorom o jasnej czy jakiejkolwiek innej karnacji. To raczej wyraz rozczarowania tym, że pewnych twórców niesłusznie pominięto. I nawet nie ze względu na jakieś rasistowskie nastroje, bo nie posądzałbym akademików o jakieś irracjonalne uprzedzenia wobec czarnoskórych twórców. Umówmy się, nominowanie Marsjanina to jedno, ale mam jeszcze resztki kredytu zaufania do tej instytucji. Mówi się raczej o tym, że większość członków AMPAS ma po prostu głęboko gdzieś filmy o mniejszościach i pewnie wcale ich nawet nie ogląda.

F. Gary Grey, reżyser filmu Straight Outta Compton (w środku) w towarzystwie Dr. Dre i Ice Cube'a
F. Gary Grey, reżyser filmu Straight Outta Compton (w środku) w towarzystwie Dr. Dre i Ice Cube’a

Academy of Motion Picture Arts and Sciences to ponad pięciotysięczne gremium, które (wg badania z 2012) składa się w 94% z osób białych, w 77% z mężczyzn, natomiast mediana wieku wynosi 62 lata. I teraz pomyślcie sobie, czy taki przeciętny akademik wczuje się w gangsta klimaty i doceni Straight Outta Compton? No nie, w to miejsce obejrzy pewnie Most Szpiegów i będzie wzdychać do smutnej miny Toma Hanksa.* A nie doceni nie dlatego, że jest uprzedzony wobec czarnoskórych raperów i ich życiorysu. Raczej dlatego, że go ten temat nie interesuje, jest zbyt odległy i w sumie z zupełnie innej bajki. Już co innego było z takim 12 Years a Slave, bo choć to film czarnoskórego reżysera, z czarnoskórymi (znakomitymi) aktorami, to jednak punktów zaczepienia było tutaj o wiele więcej.

* Oczywiście chcielibyśmy by członkowie gremium obejrzeli wszystkie nominowane filmy, ale nie oszukujmy się — rok temu 10% akademików, czyli ponad 500 osób, przyznało się do pominięcia Selmy.

Oczywiście popełniam tutaj spore uproszczenie z tym wykreowaniem przeciętnego głosującego, ale chcę tylko bardzo ogólnie nakreślić, skąd ten cały problem się bierze — bo on nie powstał nagle. Ot, Akademia jest zasadniczo podstarzała i biała, a tak samo podstarzałe i białe jest Hollywood, wszystkie grube ryby obracające największymi pieniędzmi to mniej więcej taka sama wiekowo i etnicznie grupa — stąd czarnoskóremu aktorowi dalej ciężko jest znaleźć dobrą rolę, która nie będzie tokenem, jakimś szalonym czarnoskórym dyktatorem czy inną postacią, gdzie kolor skóry jest na pierwszym planie. Dalej opcją default jest aktor biały i ten sposób myślenia jest bardzo cieżko zmienić — choć w krajach zróżnicowanych etnicznie cokolwiek się w tym kierunku robi, w takiej Polsce wciąż casting czarnoskórego aktora do pierwszoplanowej roli określa się mianem „poprawności politycznej”. Bo przecież mógłby być biały. Więc czemu jest czarny? I pewne okryte złą sławą portale jeszcze to nakręcają.

Common i John Legend odbierają nagrodę za utwór Glory z Selmy
Common i John Legend odbierają nagrodę za utwór Glory z Selmy

Wracając jednak na tę mniejszą orbitę, do naszego tematu Oscarów — otóż w tym konkretnym przypadku rozwiązania po prostu nie ma. No bo umówmy się — z wyborami Akademików nie da się dyskutować. To po prostu subiektywny wybór, który trudno jest jakkolwiek podważyć. Jasne, możemy go wyśmiać, możemy się sprzeciwiać, możemy się tez domyślać co za tym stoi (tak jak pisałem przed chwilą, moim zdaniem jest to po prostu zwykła ignorancja, a nie rasizm), ale nigdy nikt nie będzie w stanie udowodnić, że to w stu procentach prawda.

I dobrze.

Niestety, ale taka jest prawda — w momencie gdy jakikolwiek sprzeciw, nawet dobrze umotywowany i prowadzony w dobrych intencjach, zacznie wpływać na decyzje odnośnie wyboru nominowanych czy nawet laureatów, cała nagroda po prostu straci swój sens i stanie się jakimś dziwnym manifestem politycznym, a nie świętem kina. Już zeszłoroczne kuriozalne przemówienie Commona i Johna Legenda na gali było zwykłym politycznym komunikatem, ale co innego kiedy mowa o oddolnych akcjach uczestników gali, a co innego, kiedy mamy do czynienia z oficjalnym lobbowaniem wzięcia przez nominujących pod uwagę takiego czy innego aktora albo filmu bo przecież takie były ustalenia.

To zupełnie inna sytuacja niż przy tych wszystkich kontrowersyjnych castingach (przynajmniej dla tych komentujących, których rozumki nie wykraczają poza ich aryjskie comfort zone). Wówczas bowiem wszystko sprowadza się do prostego wyboru reżysera, producentów czy kogokolwiek odpowiedzialnego za ogólny kształt filmu. Ktoś chciał Michaela B. Jordana w roli Johnny’ego Storma, Johna Boyegę do partnerowania głównej bohaterce w The Force Awakens czy teraz Jamiego Foxxa do roli Małego Johna w nadchodzącym Robin Hood: Origins — i nikomu nic do tego, bo twórcom zwyczajnie należy się swoboda wyboru.

Założyciele Akademii na swoim pierwszym spotkaniu organizacyjnym
Założyciele Akademii na swoim pierwszym spotkaniu organizacyjnym

I wiecie komu też należy się swoboda wyboru?

Ano członkom Akademii, wszystkim z osobna. Nawet jeśli ich horyzonty są zbyt ograniczone i w głębi duszy są uprzedzeni (to tylko czyni ich złymi ludźmi). Tak samo jeśli zwyczajnie nie chce im się obejrzeć nic poza Mostem Szpiegów i Marsjaninem (choć wtedy robią po prostu żenująco złą robotę). Oraz tak samo jeśli tak się akurat złoży, że filmy z czarnoskórymi bohaterami im się w tym roku nie podobały — bo mają do tego święte prawo. I może nawet tak właśnie było, co jednak i tak nie szkodzi naszym rozważaniom.

Innymi słowy, wywieranie nacisku na samych członków AMPAS jest moim zdaniem bardzo złym pomysłem. Co jest zatem dobrym pomysłem? Choćby powolny proces zróżnicowania samego grona — Akademia już ogłosiła, że zacznie do tego dążyć, przy okazji wprowadzając inne reformy dotyczące członkostwa w tym zacnym gremium. Co pewnie i tak zostanie prędzej czy później okrzyknięte przez tych co bardziej krótkowzrocznych komentujących jako terror mniejszości i poprawność polityczna (bo to jest uniwersalne określenie na wszystko), ale w istocie ma to po prostu służyć temu, by Akademia zaczęła wreszcie nadążać za tym co się dzieje w kinie. Kinie na przekór hegemonii starszych panów o jasnej cerze, coraz częściej tworzonym przez ludzi o różnym warsztacie, doświadczeniu, pochodzeniu, płci i tak dalej. Zresztą dość odważnie skwitowano to w oficjalnym komunikacie — AMPAS ma bowiem ruszyć do przodu i nie oglądać się czy cały przemysł filmowy za nią nadąża. Wow.

Ceremonię w tym roku poprowadzi Chris Rock, który pewnie sobie nie daruje jakiegoś żarciku na ten temat
Ceremonię w tym roku poprowadzi Chris Rock, który pewnie sobie nie daruje jakiegoś żarciku na ten temat

I to zresztą pokazuje, że najlepsze co można robić to… cóż, dyskutować na ten temat.

Masa komentujących obrusza się, że to sztucznie nadmuchany problem, że nie wiadomo czemu ta dyskusja służy i tak dalej. Otóż bez takich dyskusji, kontrowersji, bojkotów i innych medialnych reakcji, nikt z zainteresowanych pewnie nie zauważyłby problemu. Zwyczajnie warto o problemie reprezentacji czy dyskryminacji w kulturze pisać i mówić, bo bez dyskursu nie będzie klimatu do zmian. Drogą nie jest wymuszanie na twórcach (czy na ten przykład akademikach) czegokolwiek w duchu idących zmian. Właściwą drogą jest budowanie takiego klimatu, by zróżnicowanie etniczne (czy jakiekolwiek inne) w kulturze było czymś zupełnie naturalnym i niewymuszonym. By dla twórców normalnym było, że nie wszyscy ludzie na ziemi są biali. Że postacie kobiece nie służą wyłącznie do zwieszenia na nich oka. Że zarobków nie powinna definiować płeć czy pochodzenie. I tak dalej… jest tego dużo.

Okej, mam nadzieję, że to wyczerpuje temat i że autor pytania jest usatysfakcjonowany. Was oczywiście zachęcam do dyskusji, byle kulturalnej. Treści rasistowskie i jakiekolwiek obraźliwe dla kogokolwiek będą usuwane. Szanujmy się.

Łukasz Stelmach

Entuzjasta popkultury, beergeek, nałogowy czytelnik komiksów. Uwielbiam tworzyć treść w internecie i zarażać ludzi swoją pasją. Lubię mieć swoje zdanie.

Zobacz wszystkie posty
  • Victor

    Obrażasz mnie białego bo nie mówisz białoskóry, zdecyduj się czy mówisz czarny/biały czy białoskóry/czarnoskóry a nie jakieś takie