W tym miejscu miał się znajdować opis moich wrażeń z korzystania z usługi Apple Music. Nie będzie go, bo po sprawdzeniu co oferuje Apple, momentalnie wróciłem do subskrypcji Spotify. Zamiast tego opowiem Wam dlaczego lepiej sobie testy usługi Apple darować.


Pamiętam, że kiedy Spotify dopiero co trafiło na nasz rynek, traktowane było głównie jako ciekawostka dla geeków – i choć o szwedzkiej usłudze (oraz jej konkurencji, o której ostatnio jest cichutko) było w sieci całkiem głośno, to przeciętny użytkownik dalej wolał odpalać muzykę z YouTube czy pobierać ją z nielegalnych źródeł. Dzisiaj najwyraźniej krajobraz się mocno zmienił, bo widzę choćby po swoich znajomych, że nawet ludzie kompletnie niezainteresowani sieciowo-technologicznymi nowinkami korzystają ze Spotify na co dzień.

Zrzut ekranu 2015-07-03 21.35.41

I nic dziwnego, bo to wyjątkowo wygodny sposób dostępu do muzyki i mam wrażenie, że jeśli coś stoi za sukcesem tej usługi, to właśnie wygoda i łatwość obsługi. Nawet jeśli ktoś nie ma ochoty opłacać abonamentu, to wygodniej jest po prostu odpalić appkę w wersji darmowej na telefonie albo komputerze i zacząć słuchać, niż bawić się w odpalanie muzyki z YouTube czy kopiowanie empetrójek na pamięć smartfona. Znam sporo ludzi, których nie odstraszają reklamy emitowane co jakiś czas w darmowej wersji Spotify – nie różni się to dla nich od np. słuchania komercyjnego radia, tyle, że tutaj przynajmniej sami decydują o tym, jakiej muzyki słuchają.

Zrzut ekranu 2015-07-01 14.09.19

W każdym razie, streaming trafił pod strzechy – mamy Spotify, a jak komuś nie odpowiada ten konkretny serwis, to jest jeszcze Google Music, ostatnio głośno było o Tidalu, ciągle istnieją też inne alternatywy takie jak Deezer czy Rdio. Tę aksamitną rewolucję przespał jednak prowodyr poprzedniego przewrotu na rynku muzyki, czyli Apple. Korporacja ogłosiła jednak w końcu swoją odpowiedź na wciąż najwyraźniej głodny streamingu rynek – mianowicie Apple Music. I już na samym starcie sromotnie poległa.

Dlaczego? Ano Apple Music zawodzi w kategorii, w której nie spodziewałem się, że zawiedzie. Bo po pierwsze, to najważniejsza rzecz, jeśli chodzi o serwisy streamingowe. Po drugie, to do pewnego momentu był znak rozpoznawczy Apple i trochę smutno, że najwyraźniej ten czas powoli mija. Chodzi mi oczywiście o kwestię wygody, prostoty obsługi oraz intuicyjności tego całego Apple Music.

[one_half]
2015-07-01 00.08.59
[/one_half]

[one_half_last]
2015-07-03 20.20.38
[/one_half_last]

Najpierw krótko o aplikacji mobilnej. Ta nie jest tragiczna, ale pod każdym kątem przegrywa ze Spotify (będę się często doń odnosił, bo używam właśnie tego serwisu). Niby wszystko jest na miejscu, ale zapomniano o szczegółach, które wpływają w ogromnym stopniu na bezproblemową obsługę. Mamy zatem masę ikonek rozrzuconych po całej aplikacji i trzeba się nieźle wysilić, by domyślić się, do czego służą – przykładowo, mamy ikonkę odpowiadającą za udostępniania treści, obecną w masie innych aplikacji i samym iOS, z kolei obok mamy trzy kropki, pod którymi znajduje się dodatkowe menu, a w nim opcja Udostępnij listę utworów. Zarówno ikonka, jak i ta pozycja w menu służą dokładnie temu samemu. Wtf. Pod tym samym menu jest też opcja Udostępnij poza siecią. Wiecie czemu służy? Zapisaniu utworu w pamięci telefonu. Tak jest, ta jedna z istotniejszych funkcji całej aplikacji jest ukryta w jakimś menu (kiedy w Spotify jest to duży i wyraźny przełącznik w łatwo dostępnym miejscu). Ale mało tego, nie dostajemy np. żadnego oznaczenia, które utwory czy playlisty są dostępne offline, bo je ściągnęliśmy do pamięci urządzenia, a które nie.

[one_half]
2015-07-01 00.09.06
[/one_half]

[one_half_last]
2015-06-30 23.15.55
[/one_half_last]

A to dopiero początek i mógłbym tak wymieniać co mnie uwierało dobre kilka akapitów. Tak czy siak, aplikacja potrzebuje porządnego sprzątania, bo póki co jest przeładowana opcjami, ikonkami, menusami, z czego połowa się w różnych miejscach dubluje. I ponownie, dziwnie kierować takie uwagi w kierunku Apple, firmy, której produktom przez długi czas zarzucano (słusznie czy nie, to w tym przypadku nieistotne) raczej nadmierną prostotę i brak wielu ficzerów, które miała konkurencja. Tyle, że wówczas równało się to prostocie obsługi – w przypadku Apple Music mamy sytuację dokładnie odwrotną. Minimalizm poszedł precz, a w zamian mamy bałagan.

Zrzut ekranu 2015-07-01 14.17.10

Tyle, że ta appka mobilna to jest pryszcz. Pewnie na dłuższą metę da się do tego przyzwyczaić i używać. Tyle, że ja np. częściej używam desktopowej wersji Spotify, aniżeli tej mobilnej, dlatego ciekaw byłem przede wszystkim jak będzie wyglądać zewnętrzna aplikacja Apple Music na OSX czy Windows.

Okazało się, że nie ma zewnętrznej aplikacji. Zamiast tego, dorzucono po prostu parę nowych zakładek i opcji do iTunes. Tak, tego samego, kobylastego, niewygodnego i uniwersalnie nienawidzonego iTunes, którego nie używam nawet do zarządzania moimi iGadżetami, odkąd te potrafią się aktualizować bez użycia kabelka.

I tutaj dopiero zaczyna się prawdziwy dramat. Przyjmijmy na moment, że iTunes jest dobrą, intuicyjną i responsywną aplikacją. Nawet wówczas Apple Music w takim wydaniu nie ma sensu.

Zrzut ekranu 2015-07-01 14.15.59

Działa to bowiem w taki sposób, że do całego ekosystemu iTunes Store (czyli sklepu z cyfrową muzyką) dorzucono parę zakładek odpowiadających za streaming. Musimy zatem mieć na uwadze, czy używając wyszukiwarki, przeszukujemy applowy sklep z muzyką czy może usługę streamingową, czy może – żeby nie było za łatwo – naszą własną bibliotekę. Dla łatwiejszego dostępu możemy wyszukane utwory czy płyty dodać sobie do wspomnianej biblioteki, ale wówczas oczywiście nie wiadomo które utwory są streamowane, a które mamy zakupione, bo wszystkie i tak trafiają do jednej zakładki, Moja muzyka (na szczęście tutaj już widać, które są dostępne offline w streamingu – sukces!).

Zrzut ekranu 2015-07-03 21.48.03

W praktyce to wygląda tak, że jeśli chcemy posłuchać np. nowego albumu Imagine Dragons, musimy przejść na zakładkę z naszą biblioteką, tam w wyszukiwarce wpisać nazwę artysty, wybrać opcję szukania w Apple Music i jakoś dotrzeć do strony z naszą płytą. Tam możemy zacząć słuchanie. Jeśli natomiast chcemy dodać płytę do biblioteki, by do niej łatwo wrócić (w Spotify można to zrobić jednym przyciskiem umieszczonym w widocznym miejscu), to… nie da się. Trzeba dodać jakiś utwór do playlisty (albo od razu wszystkie), wtedy krążek pojawi się automatycznie w bibliotece. I nie klikajcie na serduszko, nie do tego ono służy. Jeśli natomiast chcemy dodać płytę do biblioteki, by do niej łatwo wrócić, trzeba kliknąć odpowiednią pozycję w menu pod ikonką trzech kropek (w Spotify można to zrobić jednym przyciskiem umieszczonym w widocznym miejscu, tak dla porównania) – i lepiej to robić zawczasu, bo nie da rady łatwo nawigować w katalogu Apple Music z poziomu zakładki Moja Muzyka – jeśli zaciekawieni jakimś ulubionym utworem, klikniecie z przyzwyczajenia nazwę wykonawcy, licząc, że was przeniesie do pozostałych jego dokonań, to się rozczarujecie. Trzeba używać wyszukiwarki.

Zrzut ekranu 2015-07-01 14.16.28

To oczywiście nie koniec, z czasem okaże się, że dana ikonka czasami spełnia zupełnie inne role w różnych miejscach, albo że jakaś opcja jest dostępna z poziomu płyty, ale utworu już np. nie. Albo że w jednym miejscu kliknięcie na nazwę artysty czy płyty przenosi nas do podstrony tego wykonawcy czy jego albumu, a w innym miejscu… nie. Bo nie. Podczas gdy w Spotify w zasadzie zawsze klikniecie w nazwę płyty czy artysty działa tak samo – podobnie zawsze to samo oznaczają obecne zwykle w tym samym miejscu ikonki i przyciski. Hitem jest fakt, że w ramach spuścizny po budowaniu biblioteki z zakupionych utworów, nawet jeśli mamy w niej tylko utwory siedzące sobie w chmurze, możemy zmieniać ich nazwy, albo nazwy wykonawców. Komedia.

Zrzut ekranu 2015-07-01 14.18.52

Innymi słowy – nic tutaj nie gra. Kiedy używając Spotify, czy tak naprawdę dowolnego innego serwisu streamingowego obecnego do jakiegoś czasu na rynku, bardzo szybko łapiemy co do czego służy i wystarczy opanować widok jednej podstrony, by szybko załapać też wszystkie pozostałe, w Apple Music praktycznie co chwila czujesz się kompletnie zagubiony. Wyszedł z tego serwisu potwór Frankenstaina, gdzie do już dość odpychającej kreatury, jaką było iTunes, doszyto jeszcze części ciała robiące za streaming. W tej formie nie ma to absolutnie żadnego sensu.

Aha, Apple Music ma jeszcze Beats 1, czyli taką całodobową stację radiową. Ale nie planowałem i nie planuję z tego korzystać – nie po to wydaję kasę na streaming i buduję własne playlisty, by słuchać radia.

Zrzut ekranu 2015-07-03 21.43.33

Zatem nie zawracajcie sobie póki co głowy Apple Music. Nawet jeśli uważacie, że warto się przekonać na własnej skórze, bo przecież Apple oferuje 3 miesiące darmowego triala, to i tak radziłbym się wstrzymać do czasu aż Tim Cook czy ktokolwiek kto za tę porażkę odpowiada, zorientuje się, że coś jest nie tak, zwolni odpowiedzialnych i zarządzi jakiś plan naprawy. Dlatego lepiej poczekajcie z wykorzystaniem triala aż cokolwiek się tutaj zmieni.


Ja z przyjemnością wracam do wygodnego i intuicyjnego Spotify, które swoją drogą jest też o wiele ładniejszą aplikacją, zarówno na komputerze, jak i przede wszystkim, mobilnie. Zewnętrzna firma bije Apple na głowę pod względem estetyki i wygody swoich rozwiązań, no koniec świata.

PS Jeśli mało Wam narzekania na Apple Music, Paweł Opydo też zdążył nań ponarzekać, i to w wersji wideo.