Chciałbym się dziś tak krótko i bardzo zwięźle podzielić kilkoma wnioskami z pierwszy kroków w grze Grand Theft Auto V, za którą wreszcie – po ogarnięciu kwestii nagrywania gampelayu – się porządnie zabrałem.


Póki co, wykonałem kilka misji fabularnych i głownie zwiedzałem sobie miasto, po drodze podejmując jakieś drobne zadania, odwiedzając też sklepy, fryzjera, strip club i tak dalej. Ot, przed dalszymi przygodami wypadało zorientować się, jakim miejscem jest tutejsze Los Santos.

Tekst urozmaicam materiałami o GTA V z arhn.eu. Upewnijcie się też, czy śledzicie serię Grand Theft Auto …w pigułce.

To co zobaczyłem, nastawiło mnie wyjątkowo optymistycznie – przynajmniej na razie. Tak się składa, że nigdy nie pałałem wielką miłością do tej serii gier. Te najbardziej kochane odsłony, czyli GTA3, Vice City i Sa Nanderas co prawda miałem okazję ogrywać, ale dość szybko wykonywanie misji mnie całkiem znudziło. Dlatego GTA IV w ogóle nie ruszyłem

Mam jednak wrażenie, że w tym przypadku będzie zupełnie inaczej. Dlaczego? Mam 3 powody, by tak myśleć:

[dropcap type=”circle”]1[/dropcap]Dialogi. Na razie najwięcej czasu spędziłem z Franklinem i choć każdy bohater ma w sobie coś ciekawego, to właśnie granie najmłodszym z nich podoba mi się najbardziej. Głownie z powodu genialnie napisanych (i nagranych) dialogów, jakie bohater wymienia z kumplem, pracodawcą, ciotką i cała resztą tych pokręconych ludzi. Te wymiany zdań są tak zabawne, że w sumie reszta gry mogłaby być zupełnie do niczego, a i tak grałbym dalej.

[dropcap type=”circle”]2[/dropcap]Bohaterowie. No właśnie, pomysł z trójką bohaterów jest strzałem w dziesiątkę – gdy towarzystwo jednego z nich albo zadania jakie dostaje mnie nudzą, mogę sobie zmienić perspektywę i gra znowu nabiera smaku. To może nie jest jeszcze tak istotne na początku, ale gdy w poprzednich odsłonach przychodziło znużenie, po prostu odkładałem grę. Tutaj na szczęście będzie inaczej – tym bardziej, że trójka protagonistów mocno różni się od siebie, a ich losy się ze sobą w fajny sposób przeplatają, tworząc naprawdę intrygującą historię.

gta

[dropcap type=”circle”]3[/dropcap]Interakcja ze światem. Chyba najważniejsza kwestia. Poprzednie odsłony GTA mnie nie potrafiły oszukać i sprawić, bym podczas gry naprawdę się wczuł w ten świat. Nie mam pojęcia z czego to wynikało – może to ci identyczni przechodnie, może to ta przegięta przemoc i dziwne poczucie humoru, może charakter misji czy fabuły. To czysto indywidualna sprawa, jak się domyślam, ale sprowadzało się do to tego, że grając w któreś GTA, zawsze miałem poczucie, że po prostu gram w grę, nie istniała żadna iluzja, że naprawdę znajduję się w tym świecie.

W GTA V jest zupełnie inaczej – tutaj niemal natychmiast zapominam o całym świecie i błyskawicznie czuję się w skórze protagonisty może nie jak prawdziwa osoba (bo na to świat GTA jest chyba jednak zbyt mało realistyczny i przejaskrawiony), ale jako bohater gangsterskiego filmu, który, swoją drogą, cholernie chciałbym zobaczyć. Swoje robi ładna grafika (podoba mi się dbałość o szczegóły, efekty świetlne, odbicia, odblaski, tego typu pierdoły – wszystko jest top notch), wygodny gameplay czy dużo opcji interakcji, ale to wszystko składa się po prostu na wielki żyjący świat, w który łatwo się wciągnąć.

Generalnie, o ile poprzednie GTA były dla mnie grami, które mnie zupełnie nie wciągały i zawsze traktowałem je trochę jak całkiem sympatyczne tytuły, które jednak ciągnął w górę ogromny hype i szokujące, kontrowersyjne elementy, tak w przypadku odsłony oznaczonej numerem pięć, sprawa wygląda zupełnie inaczej. GTA V oferuje wszystko co może zaoferować trzymający w napięciu film akcji z elementami czarnej komedii, tak jak nakręciłby to Guy Richie czy Quentin Tarantino – tyle, że sam możesz być jego bohaterem. Ba, nawet trzema naraz.

I tak, brzmi to jak kiepski tekst napisany przez marketingowca na stażu, ale tym razem jest to naprawdę adekwatne uczucie. Strasznie się cieszę, że mam przed sobą masę grania i mam nadzieję, że im dalej, poziom nie tylko nie będzie spadał, ale wzrastał. A gdy gra się skończy… zostanie jeszcze GTA Online.

Zatem jeśli macie konsole starej albo obecnej generacji – warto sprawdzić, nawet jeśli do tej pory mieliście do tej marki awersję. To moim zdaniem ten tytuł jednak coś innego, oferującego znacznie więcej. Jeśli gracie na PC, możecie śmiało trzymać swoje preordery (zakładając oczywiście, że Rockstar nie spieprzy tego portu).

Do tematu wrócę zatem przy okazji recenzji za jakiś tam czas – chyba, że wcześniej weźmie mnie na jeszcze inne wnioski. W każdym razie, wracam do grania. A jutro pewnie będzie kolejna topka.

Łukasz Stelmach

Entuzjasta popkultury, beergeek, nałogowy czytelnik komiksów. Uwielbiam tworzyć treść w internecie i zarażać ludzi swoją pasją. Lubię mieć swoje zdanie.

Zobacz wszystkie posty
  • Hulkbusters!

    Zapomniałeś o 2 powodach.

  • Dla mnie największy problem wszystkich GTA przez “piątką” sprowadzał się do tego, że grałem kampanię tylko po to, żeby odblokować miasto i sobie pojeździć, bo sama była nieciekawa a ograniczone miasto to ograniczone możliwości.

    Tu jest zupełnie inaczej, bo raz, że dostajesz od razu ogromny teren (a z czasem odblokowujesz nie nowe obszary, tylko nowe mini-gierki, misje, dodatki itd. co jest znacznie fajniejsze), a kampania to miód niemal od początku do końca (chociaż jest relatywnie długa i ma raczej konstrukcję jednego sezonu serialu niż filmową, ale to nie przeszkadza).

    Nie wiem w którym momencie jesteś, ale jak wraca Trevor to dopiero się gra zaczyna :D

  • karatemiszcz

    poza tematem
    A napiszesz coś o dzisiejszej konferencji Marvela?

    • Nie mam na razie czasu, skaczę od GTA do montowania materiału, dlatego dzisiaj tak krótko i po łebkach :) Ale pomyślę

  • Michał Sokolski

    To Sa andreas to jest specjalnie czy literówka ?

  • Pingback: Mój nowy, mały komputer – dlaczego akurat Mac? | IHBD()