Miałem przyjemność wziąć udział (kolejny już raz!) w odcinku podcastu Zombie vs Zwierz, zazwyczaj prowadzonego przez Kasię Czajkę (Zwierz Popkulturalny) i Pawła Opydo.

Niestety, choroba rozłożyła prowadzącą i Paweł zaprosił do pomocy (to już nie-niestety) Martę Najman (Oceansoul) oraz moją nieskromną osobę. Wspólnie podyskutowaliśmy sobie na temat fenomenu złych filmów (a także seriali, książek, etc.) i dlaczego w zasadzie lubimy je oglądać.

Zapraszam! :)


Wszystkim stęsknionym przypominam, że po festiwalowym weekendzie blog i kanał YT wrócą do życia ze zdwojoną siłą. :) Premiera nowego Comics Weekly najprawdopodobniej jutro.

Łukasz Stelmach

Entuzjasta popkultury, beergeek, nałogowy czytelnik komiksów. Uwielbiam tworzyć treść w internecie i zarażać ludzi swoją pasją. Lubię mieć swoje zdanie.

Zobacz wszystkie posty
  • Igor Lewandowski

    Trudne sprawy czy ukryta prawda jest robiony dla ludzi którzy w to wszystko wierzą dla emerytów i pomyleńców którzy wierzą że Bolek i Lolek promują homoseksualizm Reksio zoofilię a gry komputerowe programują nas na seryjnych morderców. Z tymi programami trzeba walczyć a nie się śmiać bo później emeryci i pomyleńcy później robią później różne dziwne antywszystkiemu akcje co ich nie dotyczą

  • TommQ

    Jeżeli film (albo książka, komiks, cokolwiek innego) mnie bawi, jest to dobra komedia. Jeżeli się boję, to jest to dobry horror. Jeżeli jestem wzruszony, to jest to dobry romans. Ostatecznie liczą się tylko i wyłącznie moje emocje. Te wszystkie filmy o rekinach wywołują pozytywne uczucia, więc są to dobre filmy. Oczywiście, nie są godne oscara, czy coś, ale dlaczego mamy je nazywać “złymi”? Przecież istnieją filmy niedające najmniejszej radości z oglądania. Można jak najbardziej powiedzieć, że kuleje praca kamery, gra aktorska itp., ale jak miałbym nazwać filmy “złym” jeżeli dawał mi radość z oglądania? Nie mam zamiaru nazywać je guilty pleasure, tylko dlatego, że nie wpisują się w to, co dzisiaj uznaję się za “obiektywnie dobre”. To, że coś dobre lub złe jest kwestią całkowicie subiektywną. Jedni powiedzą “głupi filmy o rekinach, bezsensowna fabuła, słabe wykonanie techniczne, zerowa wartości intelektualna”, a inni “co prawda film kuleje pod wieloma względami, ale sam pomysł na film jest tak absurdalny, że całość ogląda się bardzo przyjemnie”. Różni ludzi ceną sobie różne rzeczy i nie da się przez to ocenić filmu obiektywnie. Mam wrażenie, że ludzie używają zwrotu “guilty pleasure” tylko po to, aby nikt nie posadził ich o kiepski gust. W ogóle, jakim prawem ktoś może mi powiedzieć, że mam mój gust jest kiepski? Ja mogę powiedzieć “masz kiepski gust, bo podobają ci się filmy o superbohaterach, zamiast chodzić do kin studyjnych”, a zaraz znajdzie się ktoś i powie “a ty masz jeszcze gorszy gust, bo oglądasz chińskie bajki”. Oglądam filmy, aby sprawiały mi przyjemność. Czy to na poziomie intelektualnym, czy to dla zwyczajnej rozrywki. Jeżeli mi się podobał lub nie, nazywam go odpowiednio dobrym lub złym (czysto subiektywnie), a potem analizuje co było w nim takiego, że wywarł na mnie właśnie takie emocje. Mam wrażenie, jakby niektórzy robili na odwrót. Najpierw szukali w filmie cech, które powszechnie uznaje się za poprawne, a same uczucia jakie film wywarł, traktują tylko jako jedną z części składowych, wliczających się w ostateczną ocenę.

  • Karol Pięknik

    Bardzo podobne tematy, szczególnie w odniesieniu do rekinów (~ 16 minuty w podcaście) poruszyły dwa teksty z poprzedniego (32 – 2/2016) numeru “Fragile” – “Szczęki opadają” Eweliny Leszczyńskiej oraz “Wzory do naśladowania. Mockbusting i kino klasy B” Kaji Łuczyńskiej, jakby ktoś byłby zainteresowany. :)